Mistrz Mowy Polskiej » Andrzej Person
25
czerwca

Andrzej Person

   Autor: lciach   Kategorie: Bez kategorii

Urodził się i wychował we Włocławku. Zamiast elementarza czytał sportowe strony gazet.
Miłość do sportu zaczęła się w rodzinnym mieście, gdzie sportem numer 1 był tenis stołowy. Miłość, która przez ćwierć wieku karmiona była przyjaźnią i sukcesami wielkiego sportowca, skromnego człowieka i wielkiego patrioty Andrzeja Grubby.
Studia prawnicze na UMK w Toruniu, gdzie AZS był wtedy potęgą nie tylko koszykarską, ale także silnym klubem lekkoatletycznym, przyniosły fascynacje kolejnymi dziedzinami sportu.
W 1972 roku pojechał na wycieczkę studencką do Monachium i tamte igrzyska olimpijskie uważa za kluczowe dla wyboru zawodu. Fascynacja wielkim, światowym sportem spowodowała, że rok później, dla studenckiego studia radiowego nadawał relację z pamiętnego meczu na Wembley prosto z … budki telefonicznej pod stadionem.
Ma za sobą 30 lat pracy w różnych redakcjach od „Razem”, przez „Sportowca”, aż po felietony w „Przeglądzie Sportowym”, „Gazecie Wyborczej” i relacje z jedenastu igrzysk olimpijskich oraz kilkudziesięciu mistrzostw świata i Europy.
Był Attache prasowym polskiej ekipy olimpijskiej na czterech ostatnich igrzyskach. Przez 8 lat jako prezes i członek zarządu Polskiego Związku Golfa promował golf i zachęcał Polaków do tej wspaniałej gry. Komentował 11 różnych dyscyplin sportowych w Eurosporcie, Polsacie, TVP, TVN, Canal+, Sportklubie. W 2004. roku, relację z golfowego British Open prowadził praktycznie bez przerwy przez 4 dni.
Senator VI i VII kadencji Senatu RP, w którym przede wszystkim zajmuje się sprawami emigracji i Polaków zamieszkałych za granicą, sprawując funkcję Przewodniczącego tej najważniejszej senackiej komisji.

Autor wielu książek o sporcie. Ostatnia – „Sport rządzi światem” – wydana tuż przed Olimpiadą w Pekinie, jest oryginalnym spojrzeniem na sport i politykę na przestrzeni od Igrzysk w Melbourne do Igrzysk w Atenach.
O książce tej Jacek Gmoch powiedział:
„Ta książka jest moim zdaniem jedną z najinteligentniejszych opowieści o sporcie, o bohaterach współczesnych stadionów, ale też o coraz bliższym upadku idei olimpizmu. Pełna anegdot, znakomicie przybliża wiedzę o mechanizmach rządzących współczesnym gladiatorstwem zwłaszcza teraz, tuż przed igrzyskami w Pekinie”

W swojej książce, autor wspomina:
„Urywałem się z domu w niedzielne popołudnie na mecze trzeciej ligi. Zima 1956 roku, stara hala wojskowa przy Żytniej, piec trociniak, który produkował mnóstwo dymu, a i tak było potwornie zimno. Gdy rywale, na przykład odwieczny wróg bydgoski Zawisza ze słynnym dyskobolem Begierem jako środkowym, protestowali, trener przykładał termometr do pieca, pokazywał sędziemu osiem stopni i można było grać. Tak to pamiętam.
Pan Konopczyński trenerem był już wtedy, w latach 50., i jest nim do dzisiaj. Ponad pół wieku to rekord godny księgi Guinnessa… Czy gdzieś są jeszcze tacy wychowawcy? Bo przecież słynny i ogromnie lubiany w mieście „Konop” zajmował się nie tylko dwutaktem czy rzutem ze skrzydła, ale także edukacją chłopaków, często bardzo biednych, dla których nie było innej szansy niż sport.
Wszyscy we Włocławku znali takich koszykarzy jak Kucal, Dworczyński, a Kazimierz Tomaszewski, do dzisiaj pracujący w klubie, miał w rogu „swoją klepkę”, z której trafiał każdy rzut. Szkoda, że nie było wówczas trzech punktów.
Kujawiak grał w trzeciej lidze, ale reprezentacja Polski grała lepiej niż dzisiaj. Dla wszystkich, którzy to pamiętają, bardzo ważne było wicemistrzostwo Europy zdobyte we Wrocławiu w 1963. Wtedy też wzrosło w kraju zainteresowanie koszem. Od rana do wieczora graliśmy na boisku LMK.
W regionie dominował toruński AZS. Kiedy rozpocząłem studia na UMK, oczywiście oglądałem wszystkie mecze „twardych pierników”. Rysiu Olszewski był królem strzelców, olimpijczykiem, nieodżałowany Szczepan Kaczyński robił najwięcej szumu na boisku, a „Junior”, jak nazywano Andrzeja Chmarzyńskiego, przewyższał wszystkich wzrostem. Bo wtedy 200 centymetrów oznaczało bardzo wysokiego centra. No i została nam arena międzynarodowa.
Tu z kolei miałem ogromne szczęście, gdyż udało mi się oglądać igrzyska w Monachium, razem z Zygmuntem Olesiewiczem. „Gruby” wiedział o baskecie więcej niż wszyscy ówcześni dziennikarze razem wzięci.
Udało mi się między innymi przesmyknąć się (byłem o 30 kilo młodszy) na najsłynniejszy finał olimpijski w historii koszykówki: USA – Związek Radziecki. Uczciwie przyznam, że nie miałem biletu i siedziałem na schodach.
Mecz z pamiętną ostatnią akcją, powtarzaną na skutek protestu: podanie przez całe boisko, Biełow i punkty, które wstrząsnęły Ameryką… Ogromne emocje, które przeżywaliśmy w monachijskiej hali, nie pozostawiały wątpliwości, że jesteśmy świadkami historii sportu.
Anwil – 15 lat wielkich emocji, od awansu do pierwszej ligi aż po mistrzostwo Polski. Najpierw jednak za sprawą Andrzeja Dulniaka po wielu latach kryzysu, na początku lat 90., koszykówka we Włocławku wróciła do łask. Wydawałem wtedy w Warszawie tygodnik „Mecz” i wysłałem młodego dziennikarza Wojciecha Michałowicza, żeby napisał coś o nietypowej parze trenerów, małżeństwie Noculaków, którzy właśnie wprowadzili zespół do drugiej ligi. Tak to się zaczęło…
Nic dziwnego, że poczułem się nieswojo, gdy ekscentryczny rzecznik praw obywatelskich, przyznając się w 2008 roku do łapówki wręczonej przed laty, zakrzyknął: „Dałem filiżankę Rosenthala, a co miałem dać, „Włocławek”? Fajans włocławski nie jest oczywiście wykwitem finezji chińskiej porcelany, ma raczej toporna, prymitywną strukturę. Ale dla mnie Włocławek to najważniejsze, moje miejsce na ziemi.
Na koniec raz jeszcze koszykówka.
Wracamy z Olimpiady w Sydney. Można powiedzieć, że biegiem. Tuż po ceremonii zakończenia, na której najpopularniejszy był oczywiście australijski golfista wszechczasów Greg Norman, gnamy do lotowskiego czarteru. Razem z nami na pokładzie reprezentacja Litwy. Wśród nich koszykarze. Mocno rozczarowani, bo finał był o krok, o jeden celny rzut. Wtedy zobaczyłem zjawisko nadprzyrodzone. Gigant Einikis na środku samolotowego korytarza odkręcił 0,75 litra Johnnie Walkera i bez oddychania wlał całą zawartość butelki do gardła. Szok to mało powiedziane. Gigant wyższy niż samolotowy sufit potwierdził jednak już wkrótce słowa Jerzego Kuleja – nie ma odpornych, są tylko źle trafieni. Litewski koszykarz po kilku minutach odczuł moc żółtego płynu i zaczęła się awantura pod niebem południowej jeszcze półkuli. Gdy piękne polskie sportsmenki nie reagowały na zaloty, zrobiło się groźnie. Na szczęście na pokładzie byli zapaśnicy. Mimo że mniejsi o połowę od litewskiego wielkoluda, mimo że medali nie zdobyli, błyskawicznie sprowadzili go do parteru. Szczęśliwie wróciliśmy nad Wisłę.”